Azja Centralna

Autor tekstu i zdjęć: Piotr Wanat
Moja pierwsza poważniejsza wyprawa motocyklowa zaplanowana została na 3 tygodnie zwiedzania Azji Centralnej. Oryginalny plan zakładał Kirgistan, Xinjiang oraz Tadżykistan, lecz ze względu na problemy z przejściem granicznym w Tadżykistanie ostatecznie skupilismy się na Kirgizji oraz Chinach zachodnich. 5 motocykli wysłaliśmy tydzień wcześniej, na miejscu dołączył do nas Sławek, który później pomknie w kierunku Władywostoku. Wyjazd ma być on/off-road :)
26.06 lądujemy w Biszkeku. Zadziwia nas obecność amerykańskich maszyn wojskowych, póxniej dowiadujemy się, że lotnisko to stanowi największą w tej części świata bazę US Air Force.

Obrazek

Gdy następnego dnia docierają nasze maszyny, kompletujemy sprzęty, sprawdzamy niezbędne wyposażenie i… w drogę!

Obrazek

Opuszczamy Biszkek i kierujemy się w kierunku przełęczy Susamyr. Zaczynają się serpentyny między zielonymi zboczami, widoki powodują na starcie opad szczęki i pogardę dla wszystkich tras, które miałem dotąd okazję przejechać ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po drodze mijamy stada dzikich koni biegających wolno po dolinach, trzeba uważać, gdyż często przebiegają przez drogę, podobnie jak owce, czy krowy. Kierujemy się w stronę jeziora Toktogul, jego woda ma obłędnie turkusowy kolor.

Obrazek

Obrazek

Rozbijając wieczorem namioty nad brzegiem czujemy znajomy zapach. Budząc się rano widzimy, że wszędzie wokół rośnie miła oku i nie tylko roślinka. Jest jej mnóstwo! :D

Obrazek

Nazajutrz ruszamy w kierunku Sary Tash. Cel: Pamir Highway.

Znad Toktogul prujemy w kierunku Osz, a następnie do Sary Tasz. Droga asfaltowa w pewnym momencie się kończy – odcinek w budowie. Szutry nam jednak nie straszne, zwłaszcza, gdy wokół takie widoki:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Docieramy do Sary Tasz. Sławek z Waldkiem postanawiają zostać tu na noc, reszta decyduje: uderzamy pod Pik Lenina. Najpierw trzeba sprawdzić, czy rzeki w górach nie przybrały zbyt mocno i czy droga jest przejezdna.

Tak wkraczamy na Pamir „Highway”…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Docieramy do Sary Mogul. Woda w rzece pod mostem wydaje się być w miarę niska, do zachodu słońca mamy niecałe dwie godziny. Decyzja – jedziemy! Ściągam kufry z GS-a, nogi na podnóżki i pamiętać o jednej zasadzie: „w pi… na gaz i ogień!” :banghead: :lol:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po półtorej godzinie offroadu jestem mokry jak mysz, ledwo stoję na nogach, cały jestem w błocie z metrowej niemal głębokości kałuż… Czuję się, jak po spożyciu litra wódki i mam wrażenie, że zaraz się przewrócę. Base Camp siedmiotysięcznika leży na 3600+ metrów i niedotlenienie daje się we znaki. Zmarzniętymi rękami szybko rozkładamy namioty i wciągamy na siebie wszystkie termale. Jest zimno, ok 0 stopni, ale czuję satysfakcję. Jestem pod jednym z najbardziej nieprzyjaznych szczytów, na które porywają się wariaci, zwani alpinistami ;)  Pik Lenina o wschodzie słońca to z kolei przeżycie zupełnie nowej kategorii.

Obrazek

Obrazek

Rano wracamy tą samą drogą do Sary Tasz, a stamtąd w kierunku kirgizko-chińskiej granicy. Zamierzamy przekroczyć ją w Irkesztam i dojechać do Kashgaru.

Poranek wita nas pieknym słońcem. Wracamy do Sary Tasz, tankujemy maszyny wypaśną E92 i ruszamy w kierunku granicy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Docieramy do ostatniego kirgizkiego postu. Kontrola paszportów i… jesteśmy w „strefie niczyjej” Dawniej była to sowiecka strefa umocnień, tzw „sistema”. Stąd droga przez chińskie checkpointy aż do oficjalnej kontroli paszportów i bagaży przypomina piekło: ciężki szuter przerywany odcinkami asfaltu, które urywają się znienacka, by znów dać miejsce odcinkom piaszczystym/błotnistym/kamienistym – do wyboru do koloru. W dodatku co chwilę wymijają nas chińskie ciężarówki pędzące lekko 100+km/h. Momentami mam wrażenie, że za chwilę któraś z naczep zmiecie mnie z wąskiego odcinka drogi i tak się zakończy moja przygoda. Ale dajemy radę! A krajobrazy są księżycowe ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po Chinach nie wolno poruszać się nam „samopas” własnymi motocyklami, szczególnie, że ich pojemność niemal 10-krotnie przekracza dopuszczoną przez władze. Od granicy towarzyszy nam więc nasz chiński „kontakt” czyli Musa. Jest Ujgurem, czyli obywatelem Autonomicznej Republiki Ujgurskiej (pod kontrolą CHN), autentycznym tubylcem. Niespecjalnie darzy estymą chiński rząd, który Ujgórów lubi równie jak obywateli Tybetu, więc od razu się zaprzyjaźniamy :)

Obrazek

Podczas kontroli celnej chińscy strażnicy wybebeszają wszystkie (!) nasze bagaże, wąchają zawartość apteczek i wypytują, czy nie wwozimy nielegalnych owoców… :shock:
W końcu docieramy do Kashgaru. Ruch uliczny to coś, co znałem już z wcześniejszych wypraw, nigdy jednak nie byłem jego uczestnikiem na swoim mastodoncie. Zasada jest prosta: nie ma żadnych zasad. Oczy dookoła głowy, klakson praktycznie non stop i nie dać się zabić. Ruch prawostronny to mit, można (i należy) się spodziewać pojazdów z każdej strony. W końcu jednak docieramy do hotelu, zmęczeni i umorusani jak wieprze bierzemy prysznic, łykamy kilka lokalnych browarów TsingTao i… spać!

Następnego dnia postanawiamy dać sobie chwilę luzu i zwiedzić miasto. Kashgar to mieszanka wpływów chińskich i muzułmańskich, co jest widoczne na każdym kroku. Dość przygnębiające wrażenie wywiera targ zwierzęcy – po jego zwiedzeniu błąkają się myśli o przejściu na wegetarianizm…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tubylcy chyba niezbyt często widują w tych stronach białasów, gdyż każde nasze pojawienie się wywołuje sensację i zbiegowisko. Duże motocykle są już w ogóle czymś niezrozumiałym i traktowane są jak UFO – standardem komunikacyjnym w Chinach jest elektryczny skuter, zwany „cichą śmiercią”. Jest przyczyną większości wypadków, gdyż w ogóle go nie słychać, a tubylcy jeżdżą nimi jak im się spodoba, w tym po chodnikach. Jednoślady spalinowe są zabronione.
Następnego dnia rano wyruszamy w kierunku Karakorum.

Prześliczną Karakorum Highway ruszamy na południe. Celem jest jezioro Karakul, położone u stóp siedmiotysięczników Kongur oraz Mustagata, na brzegu którego rozbijamy namioty.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
1000-gwiazdkowy hotel przygotowany, ruszamy na offroadową wycieczkę dookoła Karakul :papa:
Obrazek

Obrazek

W pewnym momencie napotykamy bród. Wybranie krótszej drogi przez Marka kończy się utopieniem w błocie jego „pomarańczki” :lolsign:

Obrazek

Naszym następnym celem jest przełęcz Khunjerap, na której zaczyna się granica z Pakistanem. Jest to najwyższy punkt Karakorum Highway i wiemy, że na pewno będzie zimno ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na szczycie przełęczy (4600m) prószy śnieg. Witają nas chińscy żołnierze, bardzo uczuleni na robienie im zdjęć. Udaje nam się jednak kilka zachować ;) Sami chętnie fotografują się z nami i na naszych pojazdach. Tu kończy się droga, dalej jest już tylko granica i musimy zawrócić. Po drodze widzimy umykające świstaki, których jest tu mnóstw: są spasione i mają grube futra, wskazujące na wysoką odporność na mrozy :P
Wracamy do Taszkurgan, gdzie nocujemy. Następnego dnia czeka nas ciężka droga wiodąca skalną półką wzdłuż rzeki, między Taszkurgan a Yarkandą. Wg przewodników droga ta jest przejezdna tylko dla offroadowych maszyn, natomiast oficjalnie jest co najmniej od 8 lat zamknięta dla turystów. My jednak mamy permity, więc z samego rana startujemy. Pierwszy checkpoint za rogatkami miasta jest zamknięty, więc niewiele się namyślając… ogień!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Niestety po 100 kilometrach nasza offroadowa eskapada się kończy. Zostajemy zatrzymani przez policję, która jest zdumiona naszą obecnością. Okazało się, że nikt nie miał pojęcia, że zapuściliśmy się tak daleko tą trasą. Przyjeżdżają coraz to wyżsi rangą wojskowi, nasze negocjację na niewiele się zdają. Musimy wracać do Irkesztam. Na wyjeździe czeka już na nas grupka policji z lokalnym bossem na czele. Zostajemy odeskortowani na posterunek, gdzie czekamy długo na sprawdzenie wszystkich dokumentów. Policjanci przeglądają nasze aparaty i kasują wszystkie zdjęcia, na których widoczne są mundury lub wojskowe obiekty. Jak się później okazuje – nie wszystkie :P :twisted:  Do Yarkandy musimy pojechać przez Kashgar.

Z Kashgaru do Hotan jedziemy drogą, która wkracza w pustynię Takla Makan. To podobno najbardziej „zabójcza” pustynia na świecie, a jej nazwa w dosłownym tłumaczeniu oznacza „kto wejdzie, ten nie wyjdzie”. Fakt, że wjeżdżamy, trochę podnosi nas na duchu :mrgreen: Zaczyna się burza piaskowa i widoczność spada do kilku metrów, w dodatku silny boczny wiatr powoduje, że trzeba bardzo uważać, aby nie dać się zmieść na sąsiedni pas. Na domiar złego okazuje się, że Mitsubishi gubi gdzieś olej. Decydujemy się więc na spontaniczny nocleg na pustyni. Rano wszystko pokryte jest brunatnym pyłem, nawet piwo chrzęści w zębach… :hahaha:
O poranku wjeżdżamy do Hotanu, gdzie znajdujemy warsztat i wysyłamy naszego Ujgura na poszukiwanie zamiennika filtra oleju. Po paru godzinach robota jest zakończona i możemy ruszać dalej.
Po drodze zaskakuje nas błotne rozlewisko na autostradzie – najwyraźniej w nocy popadało tutaj mocno i pustynia „wylała”. Powolutku przejeżdżamy przez 30-centymetrowe błoto obok ciężarówek i samochodów.

Obrazek

Kuba próbuje standardowo wbić się na pobocze, ale jak się okazuje, nie jest to najlepszy pomysł. Grzęźnie w błocie aż po bak i nie ma sposobu, by wyrwać DR-kę z tego lepkiego bagna. Dopiero kierowca przejeżdżającego dźwigu okazuje się być pomocny: z pomocą tubylców zaczepiamy motocykl za koło i dźwig ratuje Suzuki od błotnistej śmierci :D

Obrazek

Przed miastem, w którym mamy nocleg – Niya, musimy zatankować. Nie jest to takie proste, gdyż w większości miejsc Chińczycy nie pozwalają motocyklom tankować z dystrybutora ani nawet wjeżdżać na stację paliw. Podobno ze względu na ryzyko zapłonu od rozgrzanego silnika :shock: Standardem jest tu tankowanie z dystrybutora do czajnika, a z czajnika do baku. Chiński czajnik paliwowy ma pojemność 7 litrów, wyobraźcie więc sobie ile czasu zajmuje zatankowanie 33-litrowego baku w GSAdventure :roll:

Obrazek

Obrazek

Naszym kolejnym celem jest Kuqa, do której droga wiedzie przez serce Takla Makan. Czeka nas 500-kilometrowy odcinek przez pustynię, oraz nocleg pod gołym niebem. Przed zachodem słońca kilku z nas postanawia polatać po wydmach – ja po kilku glebach na dojeździe odpuszczam ten pomysł, GS nie należy do najlżejszych maszyn a mam też już trochę % z chińskiego wina we krwi ;) Zabawa jest świetna, kończy się w chwili, gdy Kuba po glebie traci uszczelkę zębatki na wałku zdawczym i gubi olej. Konieczne jest klejenie silikonem, a my zasypiamy bez namiotów pod rozgwieżdżonym niebem. Cisza jest fantastyczna.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Opuszczamy pustynne wydmy i dojeżdżamy do Kuqa. Droga przez Takla Makan zostałaby błyskawicznie zasypana piaskiem, gdyby nie kilkumetrowej szerokości pas roślinności posadzony po obu jej stronach. Aby utrzymać zieleń na odcinku kilkuset kilometrów w tych warunkach, co 4km zbudowano studnie, od których ciągną się 2-cm grubości rurki rozprowadzające wodę wzdłuż drogi. Każda studnia nadzorowana jest przez pracownika, który spędza tam pół roku. Dostaje zapasy żywieniowe i zapewne inne, niezbędne do życia artykuły, internetu jednak w środku nie zauważyłem ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Z Kuqa jedziemy do chińskiej głównie enklawy – Aksu, gdzie mamy w końcu okazję wyszorować się z piasku i napić zimnego piwa. Lokalna wódka okazuje się natomiast absolutnie obrzydliwa, niezależnie od marki czy też swojej ceny :friday:
Nad naszym bezpieczeństwem czuwa ochrona hotelu :lolsign:

Obrazek
Nazajutrz kierujemy się na zachód, zwiedzając po drodze buddyjskie jaskinie wydrążone w skałach. To całe osiedle, w którym kiedyś mieszkali mnisi, odkryte ponad wiek temu przez Niemców i przez nich także rozgrabione. Założył je buddyjski mnich i tłumacz – Kumarajiva.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przy kolejnym tankowaniu znów rozpętuje się  awantura. Waldek postanawia okupować czajnik i tym sposobem wymusić lanie „z węża”. Chińskie pracownice są jednak nieugięte, ich krzyki zaczynają nas drażnić, w końcu tankujemy po czajniku do każdego o2o i jedziemy dalej.

Obrazek

Po południu docieramy pod Łuk Shiptona. To największa tego typu formacja skalna, mierząca ponad 300m i wpisana do księgi rekordów Guinessa. Rozbijamy namioty na niewielkiej łączce poniżej wyschniętej rzeki, po czym kontynuujemy wspinaczkę na własnych nogach. Jak się okazuje warto było napocić się drogą na szczyt: widok u podnóża łuku zapiera dech.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na jednej ze skalnych półek wysoko nad nami zauważamy stadko owiec – jak one tam wlazły?! :shock:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dalsza trasa wiedzie nas z powrotem do Kashgaru, skąd jedziemy w kierunku Przełęczy Turgart. To nasz ostatni kontakt z Xinjiang, jeszcze tylko rytualne wybebeszanie bagaży i… wjeżdżamy znów do Kirgistanu. Kierunek: Tash Rabat.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Droga do Tash Rabat zaczyna wić się wzdłuż zielonej doliny z górskim strumieniem. Docieramy do małej enklawy, będącej niegdyś częścią Jedwabnego Szlaku. Kamienny budynek widoczny na zdjęciu to tzw Caravan Serray, schronienie dla wędrowców w dawnych czasach. Po łąkach biegają konie, między jurtami leniwie pasie się wielbłąd… Sielanka.

O poranku decydujemy, że drogę nad jezioro Song Kul pokonamy trudniejszym, górskim odcinkiem. W zamian za to widoki mają rzucić nas na kolana (po raz kolejny). Sceptycznie zaczynamy moto-wspinaczkę szutrową ścieżką, poprzcinaną brodami i koleinami, powoli docieramy do przełęczy i zjeżdżamy ku dolinie.

Surowe kamieniste zbocza ustępują nagle bajkowym wręcz widokom, przypominającym alpejskie landszafty. Strome serpentyny są tak piękne, że zatrzymujemy się co kilkaset metrów aby zrobić zdjęcia i nasycić oczy fantastycznymi obrazkami

Powoli zbliżamy się do jeziora, jest coraz wyżej i zimniej. Ostatni etap drogi nad Song Kul wita nas chmurami i spadającą temperaturą. Kończy się asfalt i wąskim pasem szutru okrążamy jezioro w poszukiwaniu właściwego noclegu. Na miejscu czeka na nas jurta, moje czucie w dłoniach gdzieś zniknęło, wszyscy mocno zmarznięci przebieramy wilgotne ciuchy i po kolacji przygotowanej przez tubylców odbijamy kirgizki specjał, czyli koniak marki „Biszkek”. A potem kolejny i chyba jeszcze jeden…. Ale szron na trawie w nocy chyba nas usprawiedliwia

Poranek przynosi za to piękne słońce i miłe ciepło – aż chce się pobiegać razem z tysiącami koni, które pasą się wolno wokół Song Kul. Część jeziora objęta jest ścisłym rezerwatem, wstęp tutaj mają tylko badacze, głównie ornitolodzy. Jemy śniadanie, robimy foty okolicznej fauny, po czym zbieramy się leniwie w drogę. Po południu chcemy dotrzeć nad największe kirgizkie jezioro, (a w zasadzie morze) Issyk Kuł.

Ostatnia wysoka przełęcz i przed nami stromy zjazd ku dolinie. Zakręty na wąskim szutrze są trudne – co chwilę musimy manewrować pomiędzy kamieniami i spływającymi z gór potokami. Tylny hamulec to podstawa, wyłączam ABS/ASC i powoli zjeżdżamy w dół.

Docieramy nad Issy Kul, które jest naszym ostatnim „punktem programu”. Niegdyś baza wojskowa USSR i torpedowy poligon doświadczalny, obecnie miejsce wypoczynku i podobno doskonała miejscówka nurkowa. Przejrzystość wody sięga kilkudziesięciu metrów – trzeba kiedyś wrócić tu ze sprzętem Zostawiamy motocykle w pensjonacie u znajomych alpinistów – Luby i Aleksandra, po czym rozkładamy się leniwie na plaży nad jeziorem. „Krótka drzemka” bez nałożenia blokera okazuje się nietrafionym pomysłem, co uświadamia mi pytanie Krzyśka:

– „Piotrek, czy ty się wcześniej opalałeś?”
– „Nieee…?
– „No to jesteś cały czerwony”.

Wyglądam jak burak i tak samo się czuję Zapomniałem, że na tej wysokości (3000+) słońce przypieka dużo intensywniej. Wieczorem zużywam cały pojemnik Panthenolu w sprayu, ulgę jednak przynosi dopiero okład z kefiru, litościwie przyniesionego przez naszą gospodynię, Lubę. No tak, za lekkomyślność i głupotę trzeba zapłacić…

W niedzielę wyruszamy w powrotną drogę do Biszkeku. Jedziemy ostrożnie, gdyż ruch jest spory (powroty z weekendu) i bezpiecznie docieramy w okolice naszej mety pod miastem. Niestety, syndrom „końca podróży” daje znać osobie na ostatnich 300-stu metrach przed domem. Gdy urywa się asfalt, na skrzyżowaniu widzę tuż przed sobą kilka dużych kamieni. Z lewej strony wyprzedza mnie bus, odpijam prawo i… Słyszę huk, czuję uderzenie po czym motocykl odwraca się o 180 stopni i kładzie na boku. Wstaję, otrzepuję się i widzę Kubę, który jadąc tuż za mną położył moto, aby nie uderzyć we mnie. Wygląda na to że nic nam się nie stało, moto też bez strat, oprócz porysowanego gmola. Ale ale – gdzie jest prawy kufer?
Znajduję go kilkanaście metrów wcześniej – to nim zahaczyłem o murek z prawej strony drogi. Kufer został wyrwany wraz z mocowaniem i niestety pogięty, na szczęście zakończyło się tylko w ten sposób, ufff

Trzy tygodnie w środkowej Azji zleciały szybko i już wiem, że na pewno jeszcze w te okolice wrócę. Polecam każdemu motocykliście i nie tylko zobaczenie ich na własne oczy – jedyny problem po takim wyjeździe, to fakt, że będziecie nieszczęśliwi, że was tam nie ma (cytat Sambora)

A na koniec film http://www.youtube.com/watch?v=8aDhHVLWTP0

One response to “Azja Centralna

  1. Heh, nienawidzę Was :D ależ zazdrość we mnie buzuje :D uwielbiam takie klimaty. Gratuluję wspaniałej wyprawy, może kiedyś jak czas i portfel pozwoli wybiorę się Waszymi śladami. Ehhhh piękne piękne, wspomnienia na całe życie :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s